Archiwa miesięczne: Grudzień 2019

Bohater w literaturze XIX wieku


Bohater literatury XIX wieku to głównie bohater romantyczny i pozytywistyczny.

Psychika romantycznego bohatera jest wielowymiarowa, nie sposób go oceniać w tradycyjnie rozumianych kategoriach dobra i zła. Bohater romantyczny odrzuca powszechnie wyznawane wartości widząc w nich nieczystość, obłudę, oszustwo. Nie godzi się na bierność, wygodnictwo, nijakość, skłonny jest do skrajnych sądów i reakcji, a swoich przekonań gotów jest obronić do upadłego. Zawsze chce pozostać sobą, odrzuca wszelkie reguły krępujące indywidualność. Bohater taki jest często egocentrykiem, człowiekiem skupionym na sobie i niechętnie odnoszącym się do innych. Mimo to posiada jednak wielką wrażliwość, która powoduje, iż miotają nim gwałtowne uczucia. Jeśli już kogoś pokocha, zwiąże się bliżej- staje się najwierniejszym kochankiem i przyjacielem. Daje z siebie dużo, więc wymaga tego samego od partnera w miłości, czy też przyjaźni. Wrażliwość ta powoduje też, iż zainteresowany jest sztuką, czasem nawet sam ją tworzy. Żyje również w bliskim kontakcie z naturą. Za bohatera romantycznego można uznać np. Giaura- tytułową postać byronicznej powieści poetyckiej, Kordiana – tytułowego bohatera dramatu J. Słowackiego. Giaur to człowiek budujący trwogę, skrywający w swym sercu mroczną tajemnicę. Ukazany jest w ruchu, nigdzie nie może zagrzać miejsca. Miłość dla niego jest świętością. W polskiej literaturze romantycznej typ bohatera stworzony przez Byrona szybko uległ przekształceniu. Zachował swój charakter buntownika, indywidualisty, wybitnej jednostki, lecz ambicje osobiste poświęcił dla walki o wolną ojczyznę. Taki charakter cechuje m.in. Konrada Wallenroda- tytułowego bohatera powieści A. Mickiewicza. Porwany i wychowywany przez wrogów, nie uległ wynarodowieniu. Już jako dorosły mężczyzna uciekł do swoich. Udało mu się zapomnieć o tragicznych przejściach, ułożyć życie osobiste. Ożenił się z Aldoną i chciał żyć z nią w spokoju i szczęściu. Jednak szczęścia w domu nie zaznał, bo go nie było w ojczyźnie. Wobec zagrożenia ze strony wojsk krzyżackich Konrad zmuszony jest do złożenia najwyższej ofiary. Obmyślił sprytny plan, opuścił żonę i ojczyznę, przedostał się do krzyżackich szeregów, zdobył tam władzę i uznanie właśnie jako Konrad Wallenrod. Prowadził bitwę tak, żeby krzyżacy ją przegrali . Dokonując swej zemsty na wrogu, ma swój moment satysfakcji, ale zapłacił za nią osobistą porażką. Wiedząc, że stracił wszystko co miał cennego, popełnił samobójstwo.

Bohaterem literackim XIX wieku jest także bohater pozytywistyczny. Nowa epoka wymagała nowego typu bohatera, a za takiego uznany został, w miejsce romantycznego marzyciela- człowiek pracy. Na pierwszy plan wychodzą ci, którzy dotąd na kartkach dzieł ukazywali się tylko w tle. Tak więc znaczącym albo wręcz głównym bohaterem utworu może się okazać zarówno wybitna osobowość wyprzedzająca swoją epokę (Wokulski), jak i człowiek zupełnie przeciętny, typowy, jednak obdarzony często wrodzonym instynktem moralnym, umiejący rozpoznać dobro i zło (Joanna Lipska). Często jest to przedstawiciel szczególnie wówczas cenionego zawodu- inżynier, naukowiec, lekarz czy kupiec (np. Ochocki, Rzecki), ale także światły ziemianin (Zasławska w Lalce”, Benedykt Korczyński w Nad Niemnem”), często kształcący się, by lepiej gospodarować (syn B. Korczyńskiego- Witold). Bohaterem może być też zwyczajny, niepiśmienny chłop (Ślimak w Placówce” Prusa) lub nawet zupełny nędzarz (opowiadania i wiersze Konopnickiej). Na kartach pozytywistycznych dzieł pojawia się też piękna plejada bohaterów dziecięcych (Janko Muzykant” Sienkiewicza, Nasza szkapa” Konopnickiej, Dobra pani” Orzeszkowej, Antek”, Anielka” Prusa i wiele innych).Jak widać w czasie zaledwie jednego stulecia powstały dwa, całkowicie różne typy bohaterów. Romantyk penetrował sferę ducha, pozytywista sferę materii. Romantyk odwoływał się do wiary – pozytywista do wiedzy. Romantyk chciał walczyć- pozytywista pracować.

Celem życia ludzkiego jest szczęście, tylko jak je osiągnąć. Rozwiń w oparciu o dowolnie wybrane postacie różnych epok


Czym jest szczęście, że stawiamy je jako najważniejszą sprawę w naszym życiu? Według jednych jest to wyzbycie się wszelkich trosk – gdzie nie ma nieszczęścia, tam musi być szczęście. Nie ma stanów pośrednich. Inni zaś twierdzą, że aby być szczęśliwym należy korzystać z uroków życia do granic możliwości – trafne będzie przytoczenie w tym miejscu sloganu reklamowego „żyj na max”. Lecz która z tych postaw jest bardziej prawidłowa, jeśli chodzi o osiągnięcie szczęścia? A może należy uwzględnić tu jeszcze inny przejaw szczęścia – to po śmierci? W niniejszej pracy spróbuję pokrótce omówić te postawy i podać moją teorię szczęścia.

W pierwszej kolejności należy przedstawić myślicieli starożytnych, bo od nich wszystko wzięło początek. I tak oto mamy Heraklita z Efezu, który to stwierdził, że świat cały czas się zmienia, nic nie jest stałe. Panta rhei – czas niczym rzeka zabiera ze sobą wszystko, nie pozwalając niczemu pozostać w miejscu. Skrajnym przejawem tej postawy możemy zauważyć w wierszu Szymborskiej „Rzeka Heraklita”, w którym autorka twierdzi, że nawet Bóg nie jest najwyższą wartością, lecz że został stworzony przez ludzi. Ale wracając do Heraklita – uważał on, że należy rozkoszować się każdą chwilą, czerpać życie całymi garściami, aby nic z niego nie stracić. Podobną postawę prezentował Epikur – choć uważał, że należy zachować rozsądek w wyborze, żeby nie popadać w skrajności. Mógłbym go określić jako stosującego zasadę złotego środka, ale z tendencją do szczęścia. Natomiast jego następcy z czasem odrzucali umiarkowane życie i w ten sposób powstała postawa zwana ?hedonizmem. Według mnie jest ona zdecydowanie niepoprawna; zresztą większość współczesnych filozofów krytykuje ją jako półśrodek – szczęście chwilowe jest bardzo ulotne, więc gdy ustanie jego źródło, możemy popaść w wielkie nieszczęście. Nie twierdzę, że należy całkowicie odrzucić te postawę, ale nie można traktować uzyskania tego rodzaju szczęścia jako celu naszego życia. Trzeba szukać czegoś bardziej stabilnego, „długodystansowego” – można by powiedzieć.

Wydaje mi się, że można tu także przedstawić jako częściowego przedstawiciela św. Franciszka, który uznał, że dobra materialne są przyczyna wszelkiego zła, że ich posiadanie powoduje spory i konflikty międzyludzkie, dlatego właśnie należy się ich pozbawić i żyć w zgodzie z naturą, ze wszystkimi ludźmi. Znany jest moment przełomowy w jego życiu, kiedy to publicznie na rynku wyrzekł się swego majątku po rodzicach, zrzucił nawet całe swe odzienie i przywdział skromny strój. Kochał wszystkich i wszystko, przez to wypełniał Boże przykazanie miłości. Gdy sobie pomyślę o nim, to przed oczyma wyobraźni staje mi małe, wesołe i ufne dziecko, cieszące się wszystkim i ze wszystkiego, wszystkiemu zawierzające. Nie mówię tego bynajmniej z cynizmem czy też z ironią – po prostu podoba mi się ta – właściwie najprostsza postawa. Cieszyć się z czego tylko można, choćby tym, że żyjemy i że jesteśmy zdrowi. Nie należy szukać negatywnych tron życia czy też rozczulać się nad sobą. Jeszcze wracając do mojego wyobrażenia – widzę św. Franciszka biegającego wesoło po łące, zdumionego wspaniałością świata, jego doskonałością; przyglądającego się choćby źdźbłu trawy czy biedronce. On umiał cieszyć się tym, co miał dane, umiał to wykorzystać.

Przeciwnym – wydawołoby się – przejawem rozumienia szczęścia jest osoba św. Aleksego. Miał on charakterystyczny sposób rozumienia szczęścia (powt.) – nikomu sposobu owego nie polecam, a tym bardziej sam nie zamierzam go stosować.

Św. Aleksy urodził się jako szlachcic, a więc dostatek życia miał zapewniony. Pomimo tego w noc poślubną oświadczył swej żonie, że nie jest to życie dla niego i że opuszcza ją. Przywdział strój pokutny i przez całe swe życie umartwiał się. Uważał, że skoro Bóg poświęcił swego syna; poddał go wielkim cierpieniom, to należy odpłacić Bogu za jego wielką miłość i miłosierdzie, a w tedy będziemy mieli zapewnione szczęście w życiu wiecznym. Według Aleksego na tym świecie należy żyć skromnie i pokutnie, wyrzekać się wszelkich rozkoszy tym bardziej rozpusty – za cel życia postawić sobie osiągnięcie ogrodów Edenu. Była to zresztą dosyć popularna postawa w Średniowieczu.

Jako ostatni przykład przytoczę tu postawę trochę bliższą naszym czasom, która jednak zdążyła odcisnąć swój ślad w historii. Chodzi mi mianowicie o Artura Schopenchauera.
Ten niemiecki filozof miał wspaniałą młodość (i dzieciństwo), które ukształtowały całą dalszą jego twórczość. Ojciec jego uważał, że nauka w wydaniu szkolnym nie może dać prawdziwego wykształcenia i mądrości, dlatego też młodego Artura uczyli prywatni korepetytorzy, a jako młodzieniec przez kilka lat jeździł po Europie i poznawał ludzi, ich obyczaje, sposoby myślenia. Jest to niewątpliwie bardzo owocna metoda nauki.

Otóż Schopenchauer uważał, że należy żyć rozsądnie, zachowując umiar we wszystkim (zasada złotego środka) i raczej należy unikać błahych powodów do radości, żyć umiarkowanie, a szczęści samo przyjdzie (na początku pracy już o tym pisałem) – szczęście i nieszczęście dopełniają się nawzajem.

Według tego filozofa najprostszym przepisem na szczęście jest unikanie wszelkich nieszczęść i smutków. Osobiście jest to dla mnie zbyt monotonny i do pewnego stopnia nudny sposób, ale być może wynika to z mojego wieku i jego cech charakterystycznych – chęć zmieniania wszystkiego, kiedy wszystko, co trwa długo, staje się nudne. Ale trzeba zauważyć, że poglądy te wyraził już jako kilkudziesięcioletni starzec, a więc na pewno doświadczył życia.

Na zakończenie pragnę dodać, że w niniejszej pracy nie przedstawiłem paru interesujących postaci i ich poglądów (jak choćby Kant czy też inni filozofowie lub pisarze), ale byłoby to omówienie powierzchowne i płytkie, a wolałem skupić się na mniejszej liczbie osób i przedstawić je dokładniej.W tym miejscu powinienem dokonać przedstawienia mojej teorii i dokonać wyboru. Nie wydaje mi się, aby poprawne było zamykać się na jeden określony kierunek i żyć tylko według niego, nie uznając innych sposobów. Jeśli chodzi o mnie, to dokonałbym syntezy tych najbardziej odpowiadającyh mi teorii. Połączyłbym razem umiarkowanie z tendencją do unikania problemów (choć nie można tego uogólnić – czasem potrzebne nawet lub niezbędne jest przyjęcie cierpienia) oraz z przejawem do używania życia, lecz także stosując tu zasadę złotego środka. Jednak ciężko mówić jest o ogóle, wszystko trzeba dostosować do sytuacji.

Topos pielgrzyma – emigranta


Dlaczegoż stąd ucieka serce w okolice

Dalekie, i – niestety jeszcze dalsze czasy?”.

A.Mickiewicz „Pielgrzym”.

Motyw pielgrzyma – wygnańca – emigranta pojawia się w wielu utworach literatury światowej. Tradycja wędrówki pielgrzyma sięga do mitologicznego toposu homo viator tzu człowieka – wędrowca, tułacza. Pierwowzorem wędrowca jest Odyseusz z utworu Homera czy Mojżesz z „Biblii”. Wygnaniec, to ktoś, kto opuszcza kraj ojczysty, wychodźca. Motyw pielgrzyma – wygnańca – emigranta po raz pierwszy w naszej literaturze pojawił się w okresie romantyzmu.

Niekorzystne wydarzenia historyczne zmuszały tysiące Polaków do wyjazdów z kraju. Po upadku powstania listopadowego wielu twórców musiało udać się w obce strony. Większą część swojego życia zmuszeni byli spędzić poza granicami kraju. A.Mickiewicz został zesłany do Rosji, potem przebywa w Niemczech, Włoszech i Paryżu. J.Słowacki  od 1831 roku nie ujrzał swojej ojczyzny. C.K.Norwid w 21 roku życia opuszcza Polskę na zawsze.

A.Mickiewicz w czasie pobytu na zesłaniu w głębi Rosji odbywa podróż na Krym. Zafascynowany niezwykle piękną przyrodą a jednocześnie tęskniący za utraconą ojczyzną, pisze cykl sonetów zwanych „Sonetami krymskimi”. Wszystkie te utwory łączy osoba samotnego podróżnika, który podąża „krainą dostatku i krasy”. Nie wiemy, jak się przybysz nazywa, nie znamy jego przeszłości. Jest to postać tajemnicza, samotna, głęboko nieszczęśliwa. Bohater liryczny – pielgrzym – jest chory na smutek, którego przyczyną jest pamięć przeszłości. Umie dostrzec piękno przyrody, jednak nie potrafi uwolnić się od „hydry pamiątek”.

Owocem tej ogromnej tęsknoty za ojczyzną jest powstałe w Paryżu dzieło „Pan Tadeusz”. Mickiewicz, nie mogąc pojechać do kraju, decyduje się na podróż myślami i wyobraźnią. Utwór ten miał za zadanie przybliżyć jemu i innym emigrantom świat, który już dla nich zaginął. W inwokacji autor mówi  wprost o swojej tęsknocie do kraju lat dziecinnych:

Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuje, bo tęsknię po tobie”

Poeta przemierza długą drogę – z Paryża do Litwy, krainy szczęścia, dobrobytu, ostoi polskich obyczajów i tradycji narodowych.

Motywu pielgrzyma można się dopatrzyć w losach ks. Robaka, który jako emisariusz prowadzi działalność patriotyczną. Przybywa do kraju, by przygotować powstanie przeciw Rosji. Pielgrzymami są także polscy emigranci, dla których kraj ojczysty „zawsze zostanie święty i czysty jak pierwsze kochanie”.

W życie emigracji wszedł Mickiewicz z ogromną wiarą w posłannictwo narodu. Katechizmem tej wiary miały być „Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego”. Ich celem było nazywać i obnażać nasze wady narodowe, by doprowadzić do odrodzenia moralnego. Kierowane były do emigrantów, których nazywa „apostołami wolności”, którzy byli w przekonaniu Mickiewicza nie „tułaczami i wygnańcami”, lecz pielgrzymami polskimi, zaprzysięgłymi wędrować do ojczyzny wolnej.

Postacią – uosobieniem polskich wygnańców, pielgrzymujących ku wolnej ojczyźnie jest Konrad z III części „Dziadów”.Białe drogi wiodące na północ, to trasy zesłanych Polaków, z których jeden ocaleje i stanie się „wskrzesicielem narodów”. Zanim to jednak nastąpi, naród musi wycierpieć jak Chrystus, a gdy się miara cierpienia wypełni, Polska odzyska wolność.

Również Kordian, tytułowy bohater dramatu J.Słowackiego, na szczycie Mont Blanc odnajdzie sens swojej wędrówki – będzie gotów poświęcić życie ojczyźnie. Mówiąc: „Polska Winkelriedem narodów” wierzy, że jego ojczyzna, to kraj ludzi czynu, którzy przyniosą wolność sobie i światu. Tak, jak Mickiewicz i Słowacki jest wygnańcem, ma świadomość, że jego „okręt nie do kraju płynie”. Ogromną tęsknotę za ojczyzną budzi widok lecących bocianów, jego serce jest pełne goryczy, gdyż nie zna kresu swej wędrówki. W „Hymnie” mówi o sobie : „żem był jak pielgrzym, co się w drodze trudzi”. Podróż, choć dostarcza mu wielu pięknych wrażeń, jest tułaczką, gdyż poeta jest oddalony od miejsc i ludzi, których kocha, a których nie może zobaczyć. Ze strof jego liryków przebija niezwykły smutek, żal i rozgoryczenie zmęczonego tą ciągłą podróżą człowieka, który ma świadomość, że nigdy do kraju nie powróci, umrze na obczyźnie z dala od bliskich.

Jak smutny jest los Polaka rzuconego w obce strony najlepiej wyrażają słowa wiersza C.K.Norwida pt.”Moja piosnka”(II). Tułacz przenosi się myślą do ojczystego kraju – kraju niezapomnianych, czystych wzruszeń młodości i najtrwalszych przywiązań:

Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba

Podnoszą z ziemi przez uszanowanie

Dla darów nieba…

Tęskno mi Panie…”

Uczucia bezgranicznej tęsknoty za krajem, nostalgii odnaleźć można nie tylko w twórczości poetów z okresu zaborów. W dziejach naszej historii II wojna światowa oraz lata po niej  następujące ponownie zmusiły do opuszczenia kraju wiele tysięcy Polaków. Życie nie szczędziło surowych doświadczeń całemu narodowi a wraz z nim wielu twórcom. Wśród nich znalazł się W. Broniewski, który wędrując z Warszawy na wschód w poszukiwaniu swego pułku dotarł do Lwowa, gdzie na kilka miesięcy został osadzony w rosyjskim więzieniu. Po uwolnieniu pracował pewien czas w redakcji czasopisma „Polska”.Następnie wstąpił do armii generała Andersa i wraz z nią wędruje na Bliski Wschód. Słowa pielgrzym – wygnaniec – tułacz znane z „Ksiąg pielgrzymstwa” A.Mickiewicza odżyły w utworach Broniewskiego. W wierszu „Nic więcej” mówi o losie polskiego żołnierza – wygnańca, któremu pozostało „tęsknić i iść, tułać się”. Obraz żołnierza walczącego na różnych frontach łączy często z uczuciem ogromnej tęsknoty do ziemi rodzinnej. Bohater liryczny wierszy Broniewskiego, „rówieśnik pielgrzymów” to przede wszystkim polski żołnierz pragnący walczyć, świadomy konieczności wyrzeczeń i najwyższych ofiar w imię odzyskania niepodległości.

W początkowych latach II wojny światowej wielu Polaków znalazło się w głębi ZSRR na skutek różnego rodzaju przymusowych przesiedleń, kiedy to większa część terytorium państwa polskiego znalazła się pod radziecką okupacją. Świadectwo tułactwa, wędrówki przez sowieckie piekło możemy znaleźć między innymi w powieści Gustawa Herlinga – Grudzińskiego pt.”Inny świat”. Więzienie, transport, łagry, głód, mroźne zimy, tortury, mordercza praca, poniżenie, rozpacz i gniew i bezgraniczna tęsknota za domem rodzinnym to doznania zesłańców.

Beata Obertyńska, jedna z poetek, która musiała przejść przez wiele kręgów sowieckiego piekła, napisała kilka wstrząsających wierszy relacjonujących wygnańczą dolę, wojenną biedę.

Najpiękniejszy we współczesnej literaturze zbiór liryki wygnania i tęsknoty za krajem ojczystym stworzył K.Wierzyński. 17 września 1939 roku przekroczył granicę rumuńską łudząc się, że wkrótce wróci. Pierwszy etap emigracyjnej wędrówki poety to Francja. Pisze wówczas wiersze o pielgrzymach i wygnańcach, dokonuje porównań pomiędzy Wielką Emigracją, a wrześniowym exodusem. Dalsze losy Wierzyńskiego okazały się typowe dla polskiego uchodźstwa: Portugalia, Brazylia, Stany Zjednoczone.Była to droga bez powrotu. Jakże dramatycznie brzmią słowa z utworu „Kufer”:

„Na strychu śpi mój powrót,

Kufer blachą okuty, walizy,

Cała moja ojczyzna”.

W jego poezji znaleźć można wątek polskiej doli, która każe podążać do kraju przez obce ziemie, cierpieć tułaczkę, brzemię walk, klęsk, krzywdy, a także winy niezawinionej z powodu opuszczenia kraju. Pusta bezdomność, zagubienie, samotność to uczucia autora wiersza „Ktokolwiek jesteś bez ojczyzny”. Z wszystkich miejsc na świecie poeta – emigrant kieruje się w stronę  ojczyzny ,tak jak i ci, którzy uciekli z pożogi wojennej, ale wszędzie czują się obco. K. Wierzjński  stał się najbardziej znanym poetą wojennej i powojennej emigracji polskiej. Ukazał rozdarcie wewnętrzne kogoś, kto pamięta szczęśliwą przeszłość, a jednocześnie przeżywa smutek z powodu oddalenia od bliskich osób i stron.

Przyjacielem K.Wierzyńskiego był Jan Lechoń, który przebył podobną pielgrzymią drogę i także nigdy nie wrócił do kraju. W jego twórczości przeważają utwory patriotyczne, wygnańcze – wyrażające pamięć o ojczyźnie i tęsknotę do niej, smutne rozmyślania o złym losie uchodźców. W wierszu „Aria z kurantem” pisze, że wszyscy wokół są obcy i każdy gdzieś się śpieszy.

Tak jak innym tułaczom, również towarzyszy jemu poczucie  obcości i osamotnienia.

Twórcą, który przeżył dwie wojny i dwie emigracje był Czesław Miłosz. Dlatego motyw pielgrzyma – wygnańca nieustannie wraca w całej twórczości poety, a  zapoczątkowany został już w 1937 roku wierszem pt.”W mojej ojczyźnie” proroczo przewidującym wygnańczy los. Jego ojczyzną była Litwa, Wilno, które musiał opuścić. Potem już zmieniał miasta i kraje: Warszawa, Nowy Jork, znowu Warszawa, Paryż i Berkeley. Ojczyzną poety stała się „rodzinna Europa” i mowa polska. Podmiot liryczny wiersza to poeta – emigrant. Początkowa apostrofa – „Moja wierna mowo” – wyraża wierność, a dalej przywołanie kilku szczegółów: brzozy, konika polnego, gila, tworzy obraz owej wiernej służby poetyckiej. Głęboko tragiczne wyznanie „zmarnowałem życie” odzwierciedla dramat poety – emigranta, który w nowym miejscu życia pozbawiony jest czytelników. Gorycz samotności nie wynika tylko z braku odzewu czytelników w dalekiej Kalifornii, ale źródłem jej jest panujący w kraju system polityczny. Wiersz ten przedstawia wierność mowy i poety. Mowa bowiem zapewniła bezdomnemu ojczyznę, dom rodzinny, poeta zaś służył jej mówiąc prawdę. Chcąc mówić prawdę, skazał się na emigrację.Na podstawie wybranych przykładów można stwierdzić, że emigracja nieustannie towarzyszyła polskiej literaturze. Niekorzystny splot wydarzeń politycznych od dwustu lat zmuszały Polaków do wyjazdów z kraju. Ważnym osiągnięciem piśmiennictwa emigracyjnego było zachowanie świadomości narodowej, obrona sprawy polskiej w świecie. Bardzo często twórcy sami skazywali się na tułactwo. Nie godząc się na uległość, przemoc, istnienie terroru, kłamstwo i obłudę, ratowali swoją niezależność, ale równocześnie wybierali trudny los samotności, tragiczne wyobcowanie i emigracyjną nostalgię.

Człowiek nie może żyć bez miłości – rozwiń myśl JP II


Rozwiń myśl Jana Pawła II, odwołując się – do utworów literackich i własnych przemyśleń

Drodzy Państwo!

Mottem mojego dzisiejszego wystąpienia będą słowa naszego wielkiego rodaka, człowieka będącego autorytetem moralnym nie tylko dla katolików – papieża Jana Pawła II. Otóż w jednej ze swoich homilii stwierdził on, że „człowiek nie może żyć bez miłości”. Zastanawiając się nad słowami Ojca Świętego, spytacie Państwo zapewne: jak to, nie można? Nie można żyć bez powietrza, na pewno, bez wody, bez jedzenia, to też nie ulega wątpliwości. Ale bez miłości można żyć! Przecież wokół nas jest wielu ludzi, którzy się bez niej obywają. Czyżby? A skąd to Państwo możecie wiedzieć? Czy potraficie zajrzeć w głąb cudzego serca? Spójrzcie lepiej w głąb własnego. Czy naprawdę nikogo i niczego nigdy nie kochaliście?

Gdy słyszycie Państwo słowo „miłość”, najczęściej chyba myślicie o uczuciu, jakie łączy kobietę i mężczyznę. I nie chodzi tu o zwykłe pożądanie, ale o bardzo złożone uczucie, opisywane w tak wielu utworach literackich, przedstawiane w tak wielu filmach. Uczucie, któremu w każdej kulturze towarzyszą liczne konwencje, rytuały, obyczaje. Przejawów miłości jest chyba tyle, ilu kochających. Dlatego kolejni twórcy wciąż podejmują ten temat, sądząc, że potrafią ukazać go w nowy sposób, przedstawić swoje oryginalne wizje. Pisanie o miłości jest chyba wewnętrzną potrzebą bardzo wielu osób. Na pewno wśród Państwa też są autorzy miłosnej poezji, zapewne nigdy nie publikowanej, zlegającej dna jakichś szuflad czy dawno wyrzuconej do kosza. Ale człowiek zakochany chce często na cały świat wykrzyczeć, jakie spotkało go szczęście, uwiecznić swoje uczucie, unieśmiertelnić je. Niektórym udaje się znaleźć odpowiednie słowa i stworzyć arcydzieła, które poruszają serca milionów czytelników. W utworach tych przekonują nas każdym wersem, że „nie można żyć bez miłości”; że nie może żyć Romeo bez Julii, Werter bez Lotty, Gustaw bez Maryli. I każdy – gdy jest zakochany – przyzna im rację. Nawet jeśli później stwierdzi, tak jak w jednym ze swoich wierszy Maria Pawlikowska-Jasnorzewska:

Nie widziałam cię już od miesiąca.

I nic. Jestem może bledsza,

trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca,

lecz widać można żyć bez powietrza.”

Bo bez miłości żyć nie sposób, ale nie można też żyć samą miłością. Nieraz przysłania nam ona wszystko, nieraz każe zapomnieć o obowiązkach, o podstawowych życiowych potrzebach. Potrafi też być siłą niszczącą. A jednak „miłość jest własny bieg bycia naszego”, jak pisze w jednym ze swoich sonetów Mikołaj Sęp-Szarzyński, polski poeta manierysta z końca XVI wieku. Może więc człowiek stworzony jest do miłości? Może jest ona jego wewnętrzną nieprzepartą potrzebą, nieodłącznym atrybutem człowieczeństwa? Z punktu widzenia religii chrześcijańskiej na pewno powinna być treścią jego życia. Wszak dekalog poprzedzony jest znamiennym wezwaniem: „Będziesz miłował Pana Boga swego, ze wszystkiego serca swego, ze wszystkich sił swoich, ze wszystkiej duszy swojej, a bliźniego swego jak siebie samego”. Ale czy miłość to uczucie, które ogranicza się tylko do Boga i drugiego człowieka? A miłość do innych istot żywych, do całej przyrody, do ojczyzny, do rodzinnego miasta…Jak widzicie, miłość niejedno ma imię. Czy można więc żyć bez najmniejszych nawet porywów serca? Może i można, ale życie bez miłości to po prostu wegetacja. Jest taka choroba psychiczna, nazywana autyzmem, która charakteryzuje się – upraszczając nieco – zamknięciem się chorego w sobie, brakiem emocjonalnego kontaktu a otoczeniem i co za tym idzie, nieumiejętność kochania kogokolwiek, okazywania uczuć drugiej osobie. Ludzie dotknięci autyzmem mogą czasami wykazywać ponadprzeciętne zdolności pamięciowe, a nawet intelektualne, ale także wtedy ich zachowanie, ich reakcja bardziej są podobne do działań robota niż człowieka. Osobowość autystyczna znakomicie odtworzył Dustin Hoffman w filmie „Rain man”. Jeśli widzieliście Państwo ten film, musieliście zapamiętać scenę, gdy dziewczyna jego brata całuje bohatera w windzie. Na pytanie: „Jak było?”, odpowiada on: „Mokro”. Pocałunek, będący wszak dowodem uczucia, odbiera jako czynność zupełnie mechaniczną. Jego reakcja świadczy  tym, że nie tylko nie potrafi okazywać miłości, lecz również nie umie odebrać sygnałów świadczących o uczuciach okazywanych mu przez innych.

Właśnie, dotychczas mówiliśmy o potrzebie kochania kogoś lub czegoś; a może papieżowi chodziło o potrzebę bycia kochanym? Przecież to najbardziej naturalna potrzeba pod słońcem, potrzeba, którą – może zupełnie instynktownie – odczuwa już chyba każde nowo narodzone dziecko. Potrzeba tak silna, że nie kochanych, odrzuconych może nawet pchnąć do samobójstwa, że wspomnę tylko romantycznych kochanków: Gustawa, Kordiana…Potrzeba, która każe łamać konwenanse, zasady moralne lub wręcz popełniać przestępstwa, a nawet zbrodnie, by zasłużyć sobie na czyjeś uczucie. A z drugiej strony może wyzwolić w każdym człowieku pokłady poświęcenia i oddania, jakich istnienia sam nie podejrzewa, czy skłonić do heroicznych czynów i niebywałych wyrzeczeń. Miłość jest siłą napędową tak wielu ludzkich działań, że chyba nie sposób sobie wyobrazić bez niej rozwoju naszej cywilizacji i kultury. I tu przytoczę może jeden znamienny przykład. Na północy Indii, w mieście Agra, stoi jedna z najpiękniejszych budowli świata, świątynia-grobowiec Tadż Mahal. Mongolski cesarz Szahdżehan zbudował to mauzoleum z białego marmuru dla ukochanej żony, Mamtaz Mahal, której śmierć, pogrążyła go w nieutulonym żalu. Tafdż Mahal jest niezrównanym materialnym symbolem poświęcenia mężczyzny dla kobiety. Stało się tradycją, że gdy zjawia się tam dwoje ludzi, kobieta pyta swego partnera: „Czy kochasz mnie tak bardzo, że wybudowałbyś dla mnie taki pomnik, gdybym umarła?”.

Znamy też inne wspaniałe pomniki miłości, choć nie z kamienia ani ze spiżu, jednak równie trwałe. Czyż nie jest takim wspaniałym pomnikiem cykl sonetów skierowanych do Laury, autorstwa Francesco Petrarki, czy setki innych dzieł literackich, które nigdy nie powstałyby bez gorących i namiętnych uczuć? Czyż nie jest niezrównanym pomnikiem ojcowskiej miłości cykl trenów Jana Kochanowskiego poświęcony zmarłej przedwcześnie córeczce Urszulce? W wierszach tych znajdziemy odbicie dominującej pustki, która ogarnia duszę i serce człowieka po stracie ukochanej istoty. Kochanowski uświadamia nam, że całe dotychczasowe życie rozsypuje się w gruzy, gdy zabraknie kogoś, kogo kochaliśmy i kto nas kochał. W ostatnich utworach cyklu autor godzi się jednak ze śmiercią Orszuli, przekonany przez ukazującą mu się we śnie matkę, że ujrzy swą córeczkę w przyszłym, lepszym świecie, o ile oczywiście zasłuży sobie na zbawienie duszy. Dla ludzi wierzących pozostaję więc zawsze ta nadzieja, że miłość nie kończy się tu, na ziemi, że jest uczuciem sięgającym poza grób. Pięknym tego symbolem jest zakończenie opowieści o Tristanie i Izoldzie. Kiedy po śmierci zostali pochowani obok siebie przez króla Marka, z grobu Tristana wyrósł krzak głogu, który kładł swe gałęzie na mogile Izoldy. Gdy głóg wycinano, odrastał na nowo i znów jego gałęzie pochylały się nad grobem jasnowłosej królewny.

Jan Paweł II, mówiąc, że „człowiek nie może żyć bez miłości”, nie mógł nie myśleć o miłości bożej. Wszak – jak głosi Pismo Święte – z miłości do ludzi zesłał Bóg na ziemię swego syna Jezusa Chrystusa, by przybrawszy postać człowieka, cierpiał i zginął za nas na krzyżu. Cały Nowy Testament przepełniony jest duchem miłości. Weźmy choćby przypowieść o synu marnotrawnym, w której ojciec – symbolizujący Boga – z otwartymi ramionami przyjmuje syna, mimo iż ten porzucił wcześniej dom rodzinny i roztrwonił powierzony mu majątek. Co więcej, wydaje ucztę, by świętować powrót swego dziecka. Podobną wymowę ma przypowieść o pasterzu i zabłąkanej owieczce. Każdy, nawet najgorszy zbrodniarz, jeśli zrozumie swe grzechy i będzie za nie żałował, może liczyć na boską wyrozumiałość, na przebaczenie. Ale umiejętność wybaczania powinna cechować także człowieka. Chrystus nauczył: „Milujcie nieprzyjacioły wsze” i przekonywał: „Jeśli cię kto uderzy w prawy policzek twój, nastaw mu i drugi”. Mówił o miłości tak silnej, że zdolna jest zwalczyć nienawiść: „Zło dobrem zwyciężaj”. Lecz czy jesteśmy zdolni do takiej miłości? Wydaje się, że jest ona przeciwna naszej naturze i tylko niewielu potrafi wyzbyć się nienawiści, wznieść ponad urażoną dumę, godność, zapomnieć o doznanej krzywdzie. Literackim przykładem takiej postawy może być Kryspus, jeden z bohterów „Quo vadis” Henryka Sienkiewicza, który wybaczył Chilonowi Chilonidesowi to, że przez swój donos przyczynił się do śmierci całej rodziny Krypsusa. Ale to przypadek wyjątkowy. Nie takie uczucie miał zapewne na myśli Jan Paweł II. W życiu codziennym nikt chyba nie liczy na przebaczenie ze strony wroga, a tym bardziej na jego miłość.

Ale czy możemy liczyć na miłość „bliźniego swego”, zwykłego przechodnia, przypadkowo spotkanego człowieka? Czy sami jesteśmy w stanie obdarzyć go uczuciem? Wiem, proszę Państwa, że słowo miłość może się tu wydać zbyt duże. Może raczej należałoby powiedzieć: życzliwość, przychylność, bo w praktyce chyba to właśnie oznacza owa ewangeliczna miłość bliźniego. Przypominajcie sobie Państwo, na pewno były w waszym życiu takie chwile, gdy wypełniała was bezinteresowna życzliwość do otaczających was ludzi, gdy skłonni byliście każdemu nieba przychylić, ustąpić zmęczonej kobiecie miejsca w tramwaju, przeprowadzić niewidomego przez ulicę, uśmiechnąć się do kogoś, dodać komuś otuchy. A z drugiej strony z pewnością oczekiwaliście nieraz ludzkiego odruchu ze strony drugiego człowieka, bezinteresownej pomocy, pocieszenia. I w związku z tym rodzi ię pytanie. Czy można żyć w ciągłym przekonaniu, że świat to dżungla, gdzie każdy ma na względzie tylko własny interes i jeśli nie jest wrogi, to co najmniej obojętny, że nie można liczyć nawet na odrobinę bezinteresowności? Czy można żyć w uczciwej pustce? Czy można żyć bez wiary w miłość? Wydaje się, że nawet ludzie okrutnie doświadczeni przez los, którzy niczego dobrego w życiu nie doznali, starają się zachować tę iskierkę nadziei, że świat nie jest do końca zły, że mogą się spodziewać choć odrobiny zwykłego, ludzkiego uczucia. A ci, którzy wierzą w Boga, również i Jego miłość. Bo gdyby nie ta wiara, to czy warto byłoby żyć? Nie wiem, czy znacie Państwo wiersz Broniewskiego „Grób Tamerlana”. Otóż w nim poeta, człowiek ciężko doświadczony przez los, który siedział już w niejednej celi, w samym środku najokrutniejszej z wojen daje wyraz swemu przekonaniu, że „Człowiek jest dobry, mądry, spokojny”, a więc bardziej skłonny do miłości niż do nienawiści. Bo czymże jest wiara w człowieka, jak nie przekonaniem, że jest on istotą zdolną do miłości.

Jedną jeszcze odmianą miłości należałoby – jak sądzę – wziąć pod uwagę. To ją właśnie miał na myśli Norwid, pisząc w „Promethidionie”: „Cóż wiesz o pięknem?…/ Kształtem jest miłości”. Chodziło  mu o miłość twórcy do swego dzieła. Uważa bowiem, że nie można stworzyć czegoś pięknego, nie wkładając w swą pracę choć odrobiny uczucia. I dotyczy to nie tylko dzieła sztuki, ale również wszelkich użytkowych przedmiotów, wszelkich przedsięwzięć, które prowadzą do powstania czegoś, co ma ludziom służyć, ma ich cieszyć, ma być przydatne. Rozejrzyjcie się Państwo wokół siebie. Nie otaczają nas tylko piękne przedmioty. Jakże często mamy do czynienia z fuszerką, brakoróbstwem, tandetą, jednym słowem – z obiektami tworzonymi bez miłości. Dla „wyrobienia planu”, jak to często bywało za socjalizmu, czy po prostu dal zysku, co najczęściej zdarza się obecnie. Ale jeśli ktoś wkłada w swą pracę całe swoje serce, jeśli tworzy dzieło, które ma być realizacją jego marzeń, to zależy mu na tym, by było ono niepowtarzalne, jedyne, piękne. Tylko wtedy może, choć wcale nie musi, powstać prawdziwe arcydzieło. A więc otaczające nas piękno będące dziełem człowieka zawdzięczamy właśnie miłości.

Zmierzając do konkluzji, zadam Państwu jeszcze jedno pytanie: czy jest wśród was choć jedna osoba, która nigdy nie kochała lub nie była kochana? Ale proszę odpowiedzieć szczerze! No proszę, śmiało! Cóż to, nie ma nikogo takiego…? I to jest chyba najlepsze świadectwo, jak głęboko słuszne są słowa Jana Pawła II. Miłość nie musi co prawda wciąż towarzyszyć, nie sposób jednak nie spotkać jej w życiu choć raz na swojej drodze. I jest to najpiękniejszy dar, jaki otrzymaliśmy od Boga, jak mówią jedni, czy też od natury, jak twierdzą drudzy. Bo słusznie mówi święty Paweł w I Liście do Koryntian: „Choćbym posiadł całą wiedzę i choćbym miał pełnię wiary, tak żebym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym”.